|
Roman E. Rogowski - Czwarty
Głowa Jego i włosy - białe jak biała wełna,
a oczy Jego jak płomień ognia, a głos Jego jak
głos wielu wód. W prawej swej ręce miał
siedem gwiazd.
(Ap 1,14-16)
Pożerała go ciekawość.
- Dokąd Rabbi ich prowadzi ? Dlaczego
wybrał tylko tych trzech ?
Postanowił być tym Czwartym. Poczekał
chwilę, a kiedy opuszczali osadę Deberat, w której
została reszta apostołów, ruszył za nimi.
Szedł z daleka, by nikt go nie zauważył. Nie miał
powodów, by się obawiać tych, którzy
zostali w osadzie, byli bowiem tak zmęczeni, że w cieniu
drzew zapadli w głęboki sen.
Było już po południu. Wydłużone
cienie zapowiadały porę wieczorną, ale było
jeszcze upalnie. Czwarty był także zmęczony, ale
ciekawość była silniejsza niż znużenie.
Może to nie była tylko sama ciekawość, płytka
jak kałuża po krótkotrwałym deszczu, może
to było pragnienie poznania tajemnicy z życia Rabbiego
? To pragnienie miało w sobie tyle mocy, że stanowiło
źródło siły, by pokonując zmęczenie
i nie bacząc na upał, iść za Rabbim.
Wspinali się wąską ścieżką
między drzewami oliwkowymi. Wiatry wiejące z doliny
powykręcały ich pnie i konary tak, że przypominały
kalekich i cierpiących ludzi. A może przyroda równie
cierpi jak człowiek ?
- Takich właśnie uzdrawiał Rabbi
- powiedział do siebie przypominając sobie kilka scen
cudownych wyleczeń.
Tamci wspinali się szybko, jakby nie byli
zmęczeni. Czwarty zawsze podziwiał kondycję Rabbiego.
Zastanawiał się tylko, jak radzi sobie z takim tempem
Kefas. Nie był przecież człowiekiem pierwszej młodości.
Co innego Johanan, ten był bardzo młody, a przy tym
zupełnie niepodobny do swego brata Jaakova. Łączyła
ich jednak wspólna cecha, głęboko tkwiąca
w ich naturze - porywcza, gorąca miłość do
Jeszuy.
- Żebym ja mógł Go tak kochać
jak oni - mawiał często Czwarty nie tyle z zazdrością,
co z głębokim żalem. - Może za bardzo kocham
świat, ziemię ? Może jestem ciągle zbyt związany
z Ruth ? A przecież wszystko, co znajduję w stworzeniach,
to tylko ciemność i noc...
Uderzył mocno nogą w kamień.
Syknął z bólu. Spostrzegł, że rozwiązał
mu się rzemyk u sandała, zatrzymał się więc,
by go związać, a kiedy podniósł wzrok,
tamci zniknęli z pola widzenia. Przyśpieszając
kroku czuł, jak pot spływa mu po plecach. Góra
wydawała mu się teraz większa niż sądził
dotąd, patrząc z dołu. Mijał w tej chwili
karłowate krzewy, w których zaczynały swój
przedwieczorny koncert cykady. Potrącił kamień,
który z łoskotem potoczył się w dół
i zatrzymał na pniu starej, grubej oliwki.
- Dobrze, że jestem daleko z tyłu za nimi,
bo mogliby usłyszeć - ucieszył się.
Krzewy stawały się coraz rzadsze i
mniejsze. Nagle rozstąpiły się zupełnie,
ustępując miejsca trawiastemu wierzchołkowi góry.
W oddali, w delikatnych mgłach, stały ośnieżone
szczyty Hermonu.
Tak jak w 89 Mizemor:
Ty stworzyłeś północ i południe;
Tabor i Hermon wykrzykują radośnie na cześć
Twego imienia...
Był zadowolony, że potrafił z pamięci
wyrecytować werset pieśni. Przykucnął, żeby
nie zdradzić swojej obecności. Tamci zatrzymali się
w odległości około stu łokci. Chciał
jeszcze zbliżyć się do nich, więc w pozycji
przykucniętej rozglądał się w jaki sposób
zmniejszyć dystans. Było to jednak niemożliwe.
Nigdzie nie było już krzewów, a trawa była
zbyt mała, by mogła go ukryć. Położył
się na ziemi i podnosząc co chwilę głowę
obserwował. Zauważył, że Rabbi odszedł
parę kroków od uczniów i chyba się modlił.
Ręce miał wzniesione w górę i tak trwał
nieruchomo przez dłuższą chwilę. Johanan
i Jaakov z początku stali razem z Nim, potem usiedli, a w
końcu poukładali się chyba do drzemki.
- Jak oni mogą spać ? - dziwił
się Czwarty. - Czyżby aż tak byli zmęczeni
? Przecież coś tu się musi wydarzyć, a oni
śpią !
Zerwał się wiatr. Poruszył trawy.
Kładły się pod jego powiewem jak łany pszenicy
w dolinie Ezdrelon. Z zachodu, gdzieś od morza przypłynął
biały obłok. Był podobny do kłębka puchu
z jakiejś pierzyny aniołów. Rabbi nadal
stał, ale ręce miał opuszczone. Nagle Kefas i
jego towarzysze zerwali się z ziemi, stanęli w pozycji
zdradzającej lęk i szacunek, zakryli sobie oczy i stali
tak wpatrzeni w Rabbiego.
- Co się dzieje ? Oni coś widzą
? - zastanawiał się gorączkowo Czwarty. - Tak,
oni coś widzą !
Podniósł się ryzykując,
że go zauważą, ale nie widział nic nadzwyczajnego.
Słońce tylko zniżyło się, a obłok
odpłynął daleko na wschód.
- Rabbi, dobrze że tu jesteśmy
- usłyszał Czwarty niewyraźne słowa Kefasa.
- Jeżeli chcesz, postawimy tu trzy namioty: jeden dla Ciebie,
jeden dla Mojżesza i jeden dla Elijahu...
Powiał wiatr, zaszumiały trawy. Czwarty
wytężył słuch. Mistrz nic nie odpowiadał.
Stał ciągle w tym samym miejscu co przedtem.
- Co mówi Kefas ? Dlaczego chce stawiać
trzy namioty ? Dla Rabbiego rozumiem, ale po co dla patriarchy
i proroka ? Co to znaczy ?
Uważnie popatrzył na apostołów.
Znowu coś musiało się dziać, bo zasłonili
sobie oczy, a potem ujęli się nawet za głowy.
Wyglądało na to, że za chwilę odwrócą
się od Rabbiego i zaczną uciekać.
- Co oni widzą ? Oni coś widzą
! - gorączkował się Czwarty. - Ale co ? Coś
nadzwyczajnego.
Wiatr wzmagał się. W oddali szumiały
gaje oliwne. Pośród tego szumu Czwarty usłyszał
jedyne zdanie Rabbiego:
- Wstańcie, nie lękajcie się
!
Rabbi stał obok nich. Tamci patrzyli
na niego z jakimś nieopisanym zdziwieniem, jakby widzieli
Go po raz pierwszy. Zbierali się do zejścia.
- Co to było ? - zastanawiał się
ciągle Czwarty. - Byłem świadkiem jakiejś
tajemnicy, ale jej nie widziałem. Dlaczego ?...
Już miał się poderwać, by
się wycofać w krzaki i nie zauważony zbiec w
dół, gdy nagle, nie wiadomo jak i kiedy, spostrzegł
nad sobą jakiś cień. Spojrzał w górę.
Na tle łagodnego nieba ujrzał twarz Rabbiego.
- Nie, nie lękaj się ! - usłyszał
znajomy głos. - Ale od dzisiaj będziesz wchodził
na wszystkie góry ziemi i szukał nieustannie tego,
co się tu wydarzyło. I nie spoczniesz nigdy, aż
dotrzesz do Tajemnicy. Ale wtedy będziesz już w moim
królestwie...
Schodził z góry ostatni. Wąwozy,
przecinające dolinę Ezdrelon napełniały się
już mrokiem. Wiatr się wzmógł i swoim szumem
zagłuszał koncert cykad. Znad dalekiego morza płynęły
wieczorne chmury.
- Mam być wiecznym nomadą jak te chmury
wieczorne - rozmyślał Czwarty schodząc w dół.
- Mam w osobach wszystkich ludzi wspinać się na szczyty
gór i szukać Niepojętego. Czy to jest kara
za moją ciekawość, czy nagroda za moje pragnienia
?
Opowiadanie pochodzi z książki Romana E. Rogowskiego pt. "W wichrze jest Pan"
© TUM, Wydawnictwo Wrocławskiej Księgarni Archidiecezjalnej 1995, wydanie II.
|