Strona glowna Informacje Poezja Szok ! Turystka Ksiega gosci Linki

  Roman E. Rogowski - Ekspiacja

Ponieważ ukorzyłeś się przede Mną, rozdarłeś swoje szaty i płakałeś
przed moim obliczem, to również i ja wysłuchałem ciebie

(2 Krn 34, 27)

- Chyba się już nigdy z tego nie wyzwolę. Boże, oczyść mnie, obdarz spokojem...

Budził się po nocach. Śniła mu się w różnych wersjach tamta scena sprzed kilku lat: grań Saltoro, atak szczytowy, bierze ostatnią butlę z tlenem pozostawiając chorego Jeana bez odrobiny życiodajnego gazu; tamten przeżywa, ale z daleko posuniętymi zmianami w korze mózgowej; on zostaje zwycięzcą - sława, pieniądze, wywiady; pobyt tamtego do dziś w zakładzie dla obłąkanych, nie wiadomo na jak długo, może na zawsze, w każdym razie bez niebezpieczeństwa wyjawienia całej sprawy... Gdyby nawet doszło kiedyś do tego, nikt nie uwierzy byłemu pacjentowi zakładu dla psychicznie chorych. Kilka razy odwiedzał Jeana w zakładzie. Tamten jednak nie poznawał go.

- Aha, Nawang, idziemy dzisiaj na lodowiec, co ? - przywitał go, gdy po raz pierwszy złożył mu wizytę. - już biegnę po plecak...

Odchodził szybkim krokiem gdzieś w głąb zakładu. On natomiast wychodził stąd, jakby z miejsca swojej zbrodni. Przypomniał sobie słowa Arystotelesa, który mawiał, że człowiek jest zwierzęciem z natury łagodnym i dochodził do wniosku, że grecki filozof nie miał racji - człowiek jest zwierzęciem z natury bezlitosnym i brutalnym. Za takie zwierze zaczynał uważać siebie. Brzydził się sobą, zaczynał sobą pogardzać. Ale pozostawało jeszcze sumienie. Ten ostatni płomyk bezpieczeństwa, który jeszcze w nim płonął. Wprawdzie z różnym natężeniem, ale jednak nie zgasł zupełnie. Niekiedy palił się ostrym płomieniem i wtedy budziły go koszmary i nie pozwalały zasnąć do rana. Pewnej nocy powziął postanowienie, że na zebraniu klubowym przyzna się do wszystkiego, przedstawi jak naprawdę było, ale gdy świt zajrzał do okien, tracił odwagę. Wprawdzie na pewnym posiedzeniu zarządu klubu zaczął robić aluzje do ewentualnego ujawnienia tajemnicy, ale nikt z obecnych nie brał tego na poważnie, a sam prezes klubu, jego kolega zresztą, wręcz mu powiedział:

- Stary, nie uprawiaj tu science-fiction. Nie mamy na to czasu. A poza tym klub ma za dobrą sławę, byś sobie w ten sposób żartował.

Teraz szedł na spotkanie losu. Może da mu okazję do ekspiacji. Może będzie mógł w jakiś sposób dokonać zadośćuczynienia ? Tylko co z tego, jeśli Jean już nigdy nie odzyska zdrowia !

- Są rzeczy na ziemi -mówił do siebie - od których nie ma powrotu. Są sprawy, których nie da się odwrócić. Są krzywdy, których nigdy nie da się naprawić.

Chwilami dochodził do przekonania, że tego rodzaju poczucie zła i winy jest niepłodne i nietwórcze. Niszczy człowieka od wewnątrz. Jest bardziej obsesją niż prawdziwym żalem za grzechy.

- Żalem ! - żachnął się nagle. - Żeby żałować trzeba wierzyć. A ja nie wierzę. Mimo to, Boże, w którego nie wierzę, wyzwól mnie z tej udręki. A może lepiej - daj mi możliwość ekspiacji, okazję do zadośćuczynienia.

Z tą myślą wędrował. Wziął bezterminowy urlop, wieloznacznie określił w klubie cel swojego wyjazdu. Postanowił przemierzać góry od morza do morza i szukać okazji do zadośćuczynienia. Brał udział w kilku trudnych wyprawach ratunkowych, w jednym wypadku z narażeniem życia ocalił młodą dziewczynę od kalectwa, a może od śmierci. Wynajmował się jako przewodnik tylko za jedzenie i przez kilkanaście dni nosił bagaże wycieczce niewidomych dzieci, zorganizowanej przez Siostry Miłosierdzia. Brał udział za Bóg zapłać w transporcie materiałów budowlanych na ostrze grani Rasoir, na którym budowano kaplicę ku czci Matki Boskiej Królowej Gór.

Teraz szedł dalej. Przemierzał Góry Nadmorskie. Było późne popołudnie. Pogoda była piękna. Z dalekiego morza wiał mocny wiatr przynosząc przedziwny zapach, który był mieszaniną woni rozgrzanych ziół i wyschniętych wodorostów. Ten zapach upajał i usypiał. Zatrzymał się i usiadł na trawie, opierając się plecami o wapienny głaz. Złotopłowa pszczoła pracowała gorliwie na żółtej koronie miłka. Gdzieś w dole szumiał łagodnie potok. Zmorzył go sen. Nie wiedział, jak długo spał i właściwie nic mu się nie śniło, a jednak w momencie, kiedy się budził, był świadomy prawdy, której przedtem nie znał, a przynajmniej nie uświadamiał jej sobie: Całe twoje życie będzie zadośćuczynieniem, wszystkie twoje uczynki będą pokutą.

Wstał. Zarzucił plecak i już miał ruszyć, ale jeszcze przystanął i zwracając się do pszczoły, która nadal pracowała na koronach miłka, powiedział:

- Widzisz, pszczoło, jesteśmy teraz podobni do siebie. Będziemy pracować w pocie czoła. Dla innych, nie dla siebie. A Bóg chyba jednak jest....

Ruszył wąską ścieżką w dół do schroniska.

Opowiadanie pochodzi z książki Romana E. Rogowskiego pt. "W wichrze jest Pan"
© TUM, Wydawnictwo Wrocławskiej Księgarni Archidiecezjalnej 1995, wydanie II.



Poprzedni Spis tresci Nastepny

[Poprzedni] [Spis treści] [Następny]